Sprawozdanie z operacji „Krywań 2025: pot, łzy i Południowy Gruń”
Data: Pewien słoneczny dzień (20.12.2025 r.), w którym instynkt samozachowawczy został w dolinie.
Uczestnicy: Grupa śmiałków (czyt. osób, które uwierzyły, że „będzie fajnie”).
Cel: Wielki Krywań (1709 m n.p.m.) – najwyższy szczyt Małej Fatry.
Etap I: Chata pod Gruniom, czyli cisza przed burzą…
Zaczęliśmy niewinnie. Podejście do schroniska Chata na Gruni trwało około godziny i było jak przystawka przed obiadem u babci – miło, przyjemnie i z nadzieją na więcej. Nasz niepokój wzbudzały jedynie nisko wiszące chmury ale otuchy dodawał sam widok Wielkiego Krywania – a ten jak na prawdziwego króla Małej Fatry przystało wyglądał obłędnie. Sam szczyt skąpany w słońcu wyglądał jakby król na nasze powitanie włożył koronę. Jednak niepokój wzbudzał kolejny etap wyprawy…
Etap II: Południowy Gruń, czyli „Ściana Płaczu”.
Podejście z Chaty na Południowy Gruń (Poludňový grúň) powinno mieć w nazwie ostrzeżenie od ortopedy. To nie jest szlak. To jest pionowa łąka, która nienawidzi ludzi.
– 0–15 minuta: „Ale tu ładnie!”
– 15–30 minuta: „Kto wymyślił te góry?”
– 30 minuta do szczytu: Brak wypowiedzi ze względu na konieczność oszczędzania tlenu.
Nasze płuca próbowały złożyć wypowiedzenie, a łydki zaczęły pulsować w rytmie „Highway to Hell”.
Kiedy w końcu doczłapaliśmy na Gruń, widok był oszałamiający – głównie dlatego, że od niedotlenienia mroczki przed oczami tworzyły ciekawe wzory geometryczne. A w dole pod nami działy się cuda… Chmury wyglądały jak rozległe morze z których gdzieniegdzie wynurzały się większe wyspy… ups…szczyty – a my, skąpani w słonecznych promieniach podziwialiśmy ten widok i niedowierzaliśmy skąd znaleźliśmy te pokłady determinacji, żeby wdrapać się w to miejsce.
Etap III: Grań na Wielki Krywań, czyli ,,Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło…”.
Gdy już odzyskaliśmy pion, ruszyliśmy granią w stronę Wielkiego Krywania. Widoki na Park Narodowy Mała Fatra są tam tak piękne, że prawie zapominasz o tym, iż Twoje kolana właśnie wysyłają sygnały SOS. Sam etap to miły trekking a po drodze ,,zaliczaliśmy” wizytę na kolejnych szczytach. Na pewno większość z nas zna to uczucie, kiedy podchodzicie na jakiś wierzchołek, ale za nim wyrasta jeszcze jeden, kolejny i kolejny… I w taki sposób kolejno zdobyliśmy: dwuwierzchołkowe Steny (1535 m), Hromove (1636 m) i Chleb (1646 m). A po zejściu z Chleba przyszedł czas na główne danie…
Etap IV: Velky Krivan bol dobyty!
Wielki Krywań przywitał nas tłumem ludzi, którzy w większości wjechali kolejką pod Snilovské Sedlo (zdrajcy!). My jednak, dumni i śmierdzący potem, stanęliśmy na szczycie. Zrobiliśmy obowiązkowe zdjęcia typu „patrzcie, jaki jestem fit”, choć w rzeczywistości jedyną rzeczą, o której marzyliśmy, były frytki, łyk kofoli i koniec grawitacji.
Podsumowanie i wnioski:
Wielki Krywań zdobyty. Góra nadal stoi, my ledwo.
Południowy Gruń to doskonałe miejsce, by przemyśleć swoje grzechy i obiecać sobie, że od jutra zaczynamy biegać (spoiler: nie zaczniemy).
Najważniejszy sprzęt: Dobre buty i jeszcze lepsze poczucie humoru, żeby nie płakać przy każdym stopniu w górę.
Aha! Teraz będzie najważniejsza rzecz: wspaniała grupa zapaleńców, którzy potrafili odmówić sobie takich przyjemności jak przedświąteczne porządki i sprzątanie, ludzi, którzy podadzą dłoń, kiedy sprawdzasz wytrzymałość kubka termicznego
albo swoich kolan (pozdro Hubert!). Wielkie podziękowania dla klubowiczów – jesteście wspaniali, dzięki Wam znajduję w sobie motywację, by każda kolejna wyprawa była tą najlepszą a szczęście smakuje najlepiej, kiedy dzielimy się nim.
Do zobaczenia na szlaku!!!








