Operacja „Stawy Rohackie”, czyli 20 odcieni zakwasów Klubu Podróżnika.
W sobotę, 19 września 2026 roku, nasza dwudziestoosobowa reprezentacja Klubu Podróżnika wyruszyła na podbój Tatr Zachodnich. Cel: Stawy Rohackie. Założenia: pełen profesjonalizm, majestatyczne obcowanie z naturą i epickie zdjęcia. Rzeczywistość? Cóż, grawitacja na Słowacji działa jakby mocniej, ale i tak było genialnie!
Wszystko zaczęło się od podstępu. Pierwszy odcinek z parkingu pod Spaloną wiódł szeroką, płaską jak stół asfaltową Drogą Rohacką. Atmosfera była iście piknikowa – w ruch poszły pierwsze kanapki, a my maszerowaliśmy z lekkością godną spacerowiczów na deptaku. Sielanka skończyła się brutalnie wraz ze skrętem na zielony szlak. Kamieniste, strome podejście bez ostrzeżenia zaatakowało nasze płuca i łydki. To właśnie tam w peletonie narodził się chwilowy sojusz filozoficzny, a uczestnicy zaczęli głośno renegocjować definicję słowa „wypoczynek” oraz kwestionować sensowność wstawania o 5:00 rano w wolną sobotę.
Kryzysu egzystencjalnego ze stoickim spokojem uniknęła jednak nasza najmłodsza ekipa szturmowa. Mikołaj z klasy 2 oraz Bartek z klasy 3 bezlitośnie ,,odpalili wrotki” i narzucili tak atomowe tempo, że starsza część wycieczki (z kadrą opiekuńczą na czele) musiała gwałtownie ratować swój honor, by nie stracić uciekającej młodzieży z oczu. Dzięki tej pogoni, szybciej niż przewidywały jakiekolwiek mapy, wdrapaliśmy się na taras widokowy pod Hrubą Kopą.
Widok na skaliste kolosy pozwolił nam na moment zapomnieć o palących udach i bezpiecznie zamknąć szeroko otwarte z wrażenia (i braku tchu) usta. Ledwo zdążyliśmy otrzeć pot z czół, a czołówka znów zarządziła mordercze tempo – tym razem prosto pod same stawy. Zmobilizowaliśmy resztki godności i ruszyliśmy wyżej. Nagroda na mecie zmiażdżyła system!
Kiedy stanęliśmy nad wodą, naszym oczom ukazał się absolutnie magiczny widok: krystalicznie czyste tafle jezior, a w tle naszej grupie przyglądał się doskonale widoczny stamtąd, polski Wołowiec.
Dalsza droga w dół była czystą poezją dla oczu. Schodząc szlakiem, zaliczaliśmy kolejne stawy, które złośliwie ułożyły się półkowo – jeden pod drugim – zmuszając nas do ciągłego robienia zdjęć i zapełniania pamięci w telefonach.
Stamtąd trasa wkroczyła w surowe, naszpikowane głazami i kosodrzewiną rejony Smutnej Doliny. Cała grupa natychmiast zaczęła głośno debatować nad genezą tej przygnębiającej nazwy. Ostateczna i jedyna logiczna szkolna teoria głosi, że dolina jest po prostu śmiertelnie smutna z zazdrości, bo wszystkie te zjawiskowe, kaskadowe stawy dostały się w udziale jej sąsiadce piętro wyżej!
Wyczerpani, ale z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, dotarliśmy wreszcie do legendarnego schroniska Ťatliakova chata. Tam natychmiast zarządzono wielką akcję ratunkową. Stoły w moment zapełniły się parującymi wyprażanymi serami, potężnymi porcjami frytek i litrami legendarnej kofoli. Starsi uczestnicy (w imię czystej nauki i troski o biologię własnego organizmu) postanowili dodatkowo przetestować słynne, słowackie złociste napoje regenracyjne. Oczywiście potraktowaliśmy je stricte zadaniowo – jako niezbędne, wysokogórskie izotoniki, mające na celu natychmiastowe zresetowanie zmęczonych mięśni.
Testy wyszły pomyślnie, a stany zapalne w kolanach minęły jak ręką odjąć.Na koniec czekał nas test silnej woli. Tuż przy schronisku zaparkowany był turystyczny pociąg na kołach, który swoim nietuzinkowym designem i górskim klimatem totalnie zawstydza wysłużone wozy z drogi do naszego Morskiego Oka. Maszyna kusiła opcją bezwysiłkowego zjazdu, ale dumnie i z góry zignorowaliśmy ten luksus. W końcu jesteśmy elitą z Klubu Podróżnika, a nie niedzielnymi ceprami w klapkach! Całą drogę powrotną pokonaliśmy twardo na własnych nogach. Pogoda była jak na zamówienie, humory dopisały do samego końca, a cała 20-osobowa ekipa spisała się na medal. Słowackie Tatry oficjalnie zaliczone – czas planować kolejne zakwasy!
Tradycyjnie słowo od serca na koniec wyprawy…
Jako organizator tej całej górskiej logistyki, chciałbym z tego miejsca ogromnie podziękować całej naszej dwudziestoosobowej ekipie. To jest czysta przyjemność dzielić z Wami szlak! Szczególne ukłony kieruję w stronę naszych klubowych „starych wyjadaczy”. Dziękuję, że po raz kolejny zadbaliście o to, z czego nasz klub słynie najbardziej – za stworzenie tej niesamowitej, luźnej i wręcz rodzinnej atmosfery.
Ogromną dumą napawa mnie też widok naszej młodzieży. Obserwowanie, jak z każdym kolejnym krokiem i każdym zdobytym metrem wysokości coraz mocniej „łykacie bakcyla” górskich wędrówek, to dla mnie najlepsza nagroda. Wasza energia, zapał i uśmiech (nawet na tych najbardziej morderczych podejściach!) pokazują, że przyszłość klubu jest w doskonałych rękach.
Dzięki, że tworzymy tak zgraną paczkę i do zobaczenia na kolejnym szlaku!
Pamiętajmy: więcej zakwasów, więcej wspomnień!







